O. Grzegorz Kramer Jezuita z Krakowa nt. ABORCJI

Co ja naprawdę myślę (o aborcji)?

Nigdy nie wypowiadałem się o projektach ustaw, z bardzo prozaicznych powodów. Nie uważam, że ktokolwiek na tym świecie jest w stanie stworzyć prawo, które przewidzi wszystkie możliwe przypadki i sytuacje, i to w taki sposób, by wszyscy czuli ‚zadowolenie’. Po wtóre nie znam się na prawie, nie jestem prawnikiem i nie taka jest moja rola w tym świecie, by mówić jakie ustawy są lepiej skonstruowane, a jakie nie. Po prostu, to nie są moje kompetencje.
Tak, jestem za ochroną życia, ale od lat już mówię, że rozumiem ten zwrot w sposób holistyczny. Chciałbym by prawo chroniło, to znaczy dawało możliwości rozwoju i wsparcie życiu człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci. Skoro chcemy chronić człowieka w fazie prenatalnej, to trzeba tego człowieka wspierać również po urodzeniu. Skoro chcemy, by nie było możliwości kary śmierci, to trzeba zrobić wszystko, by człowieka zresocjalizować. Mówiąc inaczej: nie możemy walczyć tylko o jeden moment w życiu człowieka, bo wtedy człowiek staje się tylko argumentem, a możliwość jego śmierci jest czymś, co można wykorzystać w walce politycznej i publicznej naparzance.
Przez te dni byłem zasypywany zdjęciami i filmami dotyczących patologii ciąży na różnych jej etapach. Tak, znam te ‚obrazki’, sporo się o tym uczyłem, poznawałem. Nie mam swoich dzieci (serio) [btw. argument ze swoich dzieci jest zabawny, bo raz w moim przypadku jest zaletą, innym razem czymś, co mnie przekreśla w dyskusjach] i z tego powodu nie mam możliwość doświadczyć na swojej skórze, co to znaczy je mieć. Jednak podejrzewam, że gdybym je miał, usłyszałbym zapewne, że nie mogę dyskutować, bo nie mam dzieci chorych itp. Skądinąd wiem, że sporo osób dyskutujących (po jednej i drugiej stronie) także ich nie „posiada”, ale to ich nie wyklucza. Mnie wyklucza jedynie koloratka, ale to tak na marginesie.
Tak więc mam świadomość patologii ciąży, ciężkich chorób genetycznych i nie tylko. Przy tym punkcie chcę wyraźnie powiedzieć, że kiedy dziecko w fazie embrionalnej jest chore, w takim sensie, że zagraża życiu lub zdrowiu matki, to oczywiście jestem za tym, że nie wolno nam powiedzieć ‚od górnie’, że jedno życie jest ważniejsze od drugiego, ale że każde z nich na ile to możliwe medycznie – musimy ratować. I jeśli w pewnym momencie kobieta, rodzina, podejmie decyzję, że ‚przesuwamy akcenty’ na jedno z nich, to trzeba to uszanować. Ale zawsze śmierć jednej z osób musi być skutkiem, nie celem samym w sobie.
Przy tym punkcie chcę powiedzieć jeszcze następującą rzecz. Tak, jak nie godzę się w przypadku środowisk prolife na wykorzystywanie zdjęć abortowanych dzieci do walki z przeciwnikami, tak samo nie godzę się na wykorzystywanie zdjęć dzieci chorych do walki z środowiskami prolife.
Wiem, że kobiety są gwałcone i czasem z tych niechcianych stosunków seksualnych poczyna się życie. Wiem, że są to również kobiety bardzo młode, czy wręcz dziewczynki. Nie, nigdy nie będę zgwałconą kobietą, więc nie poczuję tego, co ona. Mam za to w swoim doświadczeniu już sporo rozmów z kobietami, które doświadczyły przemocy seksualnej. I wiem, że to czego one na pewno potrzebują to możliwości stworzenia im warunków, w których poczują się bezpieczne i zaakceptowane. Nie można sprowadzać problemów kobiet zgwałconych tylko do ułatwienia im aborcji. Kobiety przyjęte i wsparte w trudnym doświadczeniu zaczynają inaczej myśleć, jeśli jedynym problemem osób z ich otoczenia jest poczęte życie i pokazywanie tego jako problemu – to tak, one bardzo często myślą o pozbyciu się owocu traumy. Wiem, że ktoś mi zarzuci unikanie jasnej deklaracji: można czy nie doprowadzić do aborcji w takim przypadku? Odpowiem tak: jeśli tylko będzie taka sytuacja i potrzeba to stanę przy kobiecie, która zdecydowała się na aborcję i przy tej, która zdecyduje się urodzić swoje dziecko.

To, że ja chcę ochrony życia nie znaczy, że jestem za którąś z ustaw w jej obecnym brzmieniu. Nie umywam rąk, bo nie muszę się opowiadać z ustawami. Nie jestem, jak już powiedziałem osobą kompetentną, moją rolą jest być przy osobach dotkniętych cierpieniem (jakkolwiek one go rozumieją w swoim życiu) i to próbuję robić.

Kiedy w grudniu 2013 roku zdeklarowałem możliwość adopcji dziecka, które chciała abortować pani Bratkowska to robiłem to szczerze. Różnie byłem i jestem oceniany do dziś, w zależności od tego, kto to wydarzenie komentuje. Jestem: „bardzo dojrzałym człowiekiem, który chciał zaryzykować swoje życie”, albo „szczeniakiem, który zagrał pod publiczkę”. Ja wiem, że zrobiłem to szczerze i oczywiście dziś nie powtórzę tego samego, bo byłoby to groteskowe, dziś działam inaczej. Wspominam jednak o tamtym wydarzeniu, bo uważam je dla siebie za kluczowe, uświadomiło mi ono to, co pisałem na początku, że nie mogę być tylko aktywistą jednej czy drugiej strony sporu, walczącym o taką czy inną ustawę, ale muszę być kimś, kto – na miarę swoich możliwości – działa dla osób, o których życie walczy. Jestem księdzem, stąd mogę wykorzystać fakt, tego, że rozmawiam z wieloma osobami w trudnych sytuacjach, na serio już sporą sprawą jest to, że te osoby nie muszą (i nie mogą) być przeze mnie oceniane, ale przyjęte by otrzymać wsparcie ludzkie, ale także propozycję konkretnych rozwiązań psychologiczno – socjalnych.

Reasumując. Nie jestem jeszcze jednym bojownikiem jednej ze stron i kimś, kogo można uznać za propagatora którejś z ustaw. Jestem za życiem rozumianym holistycznie, a nie za lub przeciw aborcji. Mówię „nie” dla instrumentalizacji bardzo wielkich ludzkich problemów.
Wiem, że „posiadanie” księdza po jednej z stron wojny jest atrakcyjne medialnie, ale to nie jest moja rola. Chcę bronić życia i pomagać życiu (nie tylko dziecka), bez względu na to jaka będzie ustawa dotycząca tej kwestii w tym kraju. Rozumiem też, że ksiądz, który wystawia nos z przysłowiowej plebanii i pokazuje twarz jest kimś w rodzaju tarczy, w którą można przyłożyć. Godzę się na to, taka jest między innymi moja rola (Mateusz, nie cierpię na Mesjanizm).

źródło: grzegorzkramer.pl