Adwent – płonie druga świeca…

Druga świeca…

Mk 1,1-8

     …Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki.

…gdy noc aż po świt krzyczy zwątpieniem i na próżno wyczekiwać wschodu słońca chwytasz w swe dłonie dawno gdzieś zasłyszane słowa: gdy milczy wiara i umiera nadzieja trwa jeszcze miłość.

Kilkadziesiąt lat wstecz… Lato, na podwórku wielkie sprzątanie, wymiatanie kamyków, zasypywanie dołków, podwórko wygląda jak klepisko…ubite, gładkie, bez drobnych kamyków… Bo, paluszek będzie się uczył chodzić, będzie tu stawiał swe pierwsze kroki, będzie się przewracał, upadał… ale będzie wytrwale uczył się stawiać swe nieporadne kroczki, aby potem już biegać… Nadchodzi nowe… nowy potomek rodziny… ktoś, kto absorbuje cały dom …droga już przygotowana.

Może, nie tak przygotowanej drogi chce od mnie Bóg… może, nie takiego klepiska potrzebuje… ale wiem, że mam Mu przygotować drogę. Drogę …do mego serca. Jest już Adwent…to czas, jak mówiła Matka Teresa z Kalkuty to czas ciszy, to w tej ciszy mam przygotować drogę. Trudne to zadanie. Skupić się nad sobą, zajrzeć w głąb siebie… skupić się przede wszystkim nad swoim działaniem, nad swoimi myślami… wejść tam, gdzie na co dzień wydaje się mi to nie możliwe, wręcz niewykonalne. A jednak… Ktoś tego ode mnie wymaga… potrzebuje mego przygotowania. Nie mogę zawieść, nie mogę kolejny raz powiedzieć, że tego nie potrafię, że to dla mnie jest trudne. Nie mogę – bo ja to chcę, bo ja to chcę zrobić.

Dlatego zaczęłam pisać to rozważanie od tego obrazku z mego dzieciństwa. O podwórku, o wymiataniu tych kamyczków. Bo takimi kamyczkami na mej drodze życia są moje grzechy, to moje potknięcia, moje upadki te małe i te duże. Jest ich pełno na tej drodze. To jakieś uwagi, aluzje do drugiego człowieka, to złe słowo, to podniesiony glos, to wyciągnięta ręka na dzieci, do kolejna łza w oczach mych rodziców …to są moje kamyki, ranią me stopy…ale nie tylko me… zranią też stopy Jezusa… musze je wymieść z drogi, którą On będzie szedł do mnie. Ale miedzy tymi kamykami są też kamyki „trudności” mych trudności, mej walki o jutro… to kamienie mego cierpienie… je też mam uprzątnąć… ale zrobię to, nie wyrzucając ich, a gładząc ich brzegi ostre – zapominając to, co mnie bolało, wybaczając tym, co mnie skrzywdzili, ucząc się, że miłość jest, że tylko ona pozostała, że słowo „kocham” nie daje cierpienia. Trudne zadanie mam do wykonania. Obym zdążyła w tej ciszy przygotować drogę. Czasu jest już nie wiele…

Dziś zapłonie na Ołtarzu druga świeca… dziś już zaczynam prostowanie mych ścieżek… dla Niego. Usuwam kamyki z pod Jego stop, chcę aby droga do mego serca była czysta, tak jak i me serce. Chcę aby te święta były inne od tych co były. Tak wiele się wydarzyło przez ten rok, tak wiele dało mi to wiary w siebie …ale i wiary w drugiego człowieka. Nowa praca – nowe możliwości… nowe zadanie. Odzyskanie siebie na swej drodze życia… tak mogę nazwać to, co było, to, co teraz dało taki owoc… trudna to praca, ale nie ukończona jeszcze… to tylko półmetek, ale mogę już powiedzieć, że warto było podjąć taki trud, odzyskiwanie siebie po kawałeczku jest wspaniałe… widzieć jak cieszą się synowie, że mama wróciła, widząc jak mama nie ociera już łez ukradkiem…jak nie martwi się już o mnie…widzieć…że świeci słońce… to są te małe miłości, których przedtem nie dostrzegałam…nie umiałam nawet tego dostrzec…musiałam tego się uczyć… teraz to już wiem, że to jest moje życie, że to moje życie ma początek w Nim i zawiera się w Nim… i że moja droga będzie dla niego piękna… On tylko wie…jaka to droga. Boże… płomyk drugiej świecy jest taki jeszcze młody, dopiero zaczął płonąc… spala się druga świeca…powoli, powoli…wosku ubywa… ubywa też i mego czasu. On czeka…

     Płonie już druga świeca…

źródło: portal katolicki – adonai.pl