Gościmy w naszej parafii Bp Mariana Buczka.

Kościół na wschodniej Ukrainie jest prawdziwie katolicki – mówi w rozmowie z KAI bp Marian Buczek, ordynariusz diecezji charkowsko-zaporoskiej. Sekretarz generalny Ukraińskiej Konferencji Biskupiej był gościem 357. zebrania plenarnego Konferencji Episkopatu Polski.

Rozmowa z bp. Marianem Buczkiem, ordynariuszem diecezji charkowsko-zaporoskiej na Ukrainie

KAI: Jak dziś rozwija się Kościół rzymskokatolicki na Ukrainie?

– Kościół katolicki na Ukrainie rozwija się od czasu, gdy 16 stycznia 1991 roku bł. Jan Paweł II wznowił jego struktury: uznał biskupów greckokatolickich z „podziemia” i mianował biskupów rzymskokatolickich. Dziesięć lat później jego wizyta na Ukrainie jak gdyby ugruntowała trwający od 10 lat rozwój Kościoła. W międzyczasie powstały przecież trzy seminaria duchowne, nowicjaty zakonne. W 2001 roku papież utworzył trzy nowe diecezje: charkowsko-zaporoską, odesko-symferopolską i mukaczewską. Kościół rozwija się więc już dwa dziesięciolecia.

Pracujemy duszpastersko. Tworzymy nowe parafie. Modlimy się o powołania – dlatego je mamy i to sporo w stosunku do liczby wiernych. W naszej diecezji na 30-40 tys. wiernych mamy sześciu kleryków. Są też powołania zakonne. Co roku święcę dwóch-trzech księży zakonnych, pochodzących z mojej diecezji. Choć studiowali gdzie indziej, chcą być święceni w parafiach, z których pochodzą.

Katechezy nie ma w szkołach, ale jest wszędzie prowadzona przy kościołach. Mamy tylko problem z pomieszczeniami. Sale katechetyczne są tylko tam, gdzie wybudowano nowe kościoły, kaplice czy domy parafialne. Najgorsza sytuacja jest w tej chwili w Charkowie, gdzie już prawie 20 lat uczymy w metalowych barakach budowlanych. Ludzie się śmieją, że zimą jest tam lodówka, a latem łaźnia. Ale przychodzą dzieci, młodzież, studenci…

Co więcej, studenci przyprowadzają na katechezę swoich kolegów i koleżanki prawosławnych albo niewierzących. Czasem tam przychodzę i pytam: „Skąd jesteś?”. „Jestem prawosławny”. Zawsze wtedy odpowiadam: „Jesteś chrześcijaninem”. Dlaczego tak mówię? Bo ciągle na tym terenie słyszymy: „My prawosławni chrześcijanie i wy katolicy…”. Tak samo mówią przedstawiciele władz: „Nasi prawosławni chrześcijanie”. Tłumaczę im: „My wierzymy w Chrystusa i wy w Niego wierzycie. Czyli i prawosławni są chrześcijanami, i katolicy, i protestanci”. Niektórzy wprost mówią: „Jak to? To niemożliwe”. Na każdym kroku trzeba robić katechezę.

Niestety, brakuje nam kapłanów. Trzeba wiedzieć, że na południe i na wschód od Żytomierza po rewolucji bolszewickiej do 1991 roku praktycznie nie było na Ukrainie ani jednego kapłana, ani kościoła. Wiele świątyń wysadzono w powietrze, trzeba budować nowe. Są wielkie miasta, w których konieczny jest kapłan. Księża w mojej diecezji dojeżdżają tam nieraz po 100 km. Bywa, że ksiądz do księdza ma 200 km! Normalna sprawa, skoro diecezja charkowsko-zaporoska obejmuje siedem województw i ma 198,6 tys. km kwadratowych! Cała Polska ma 312 tys.

 

Staramy się więc budować kościoły w dużych miastach. Np. w prawie dwumilionowym Charkowie jest już pięć parafii rzymskokatolickich. Trzy kościoły zbudowano. Katedrę remontowano przez 16 lat, bo była podzielona na trzy piętra.

KAI: Czy władze nie przeszkadzają w rozwoju Kościoła?

– Nie pomagają i nie przeszkadzają. Prawo Ukrainy jest tolerancyjne i jednakowe dla wszystkich. Problemy mogą się pojawić w terenie, gdy ktoś z tamtejszych duchownych prawosławnych albo niestety – za zachodzie Ukrainy – greckokatolickich nastawi do nas negatywnie przedstawicieli władz. O co chodzi? Wszyscy urodzeni na terenie Rosji, Białorusi, Ukrainy są przekonywani przez prawosławnych, że jest to kanoniczny teren prawosławia. Ktokolwiek się urodzi na tym terenie, musi być ipso facto prawosławny. A my mówimy, że ma prawo wyboru. Może być ateistą, buddystą, prawosławnym, katolikiem… Nie zawsze to rozumieją.

KAI: Czyli nadal pojawiają się oskarżenia o „katolicki prozelityzm”?

– Jest dużo ludzi, którzy zostali ochrzczeni i na tym się skończył ich związek z Kościołem prawosławnym. Nieraz świeccy tłumaczą: „Ochrzcili nas i porzucili”. A oni nie postawili nogi w cerkwi przez 20 czy 50 lat, nawet jako turyści. Pytają: „Dlaczego mnie nazywacie prawosławnym?”. Odpowiadam: „Bo jesteś ochrzczony w Kościele prawosławnym”. „Ale jestem niewierzący”.

Gdy jest wątpliwość, czy ktoś był ochrzczony, wtedy chrzcimy warunkowo. A kiedy nie był chrzczony, to się go przygotowuje do chrztu, bierzmowania, spowiedzi i komunii świętej. Najgorzej jest wtedy, gdy ktoś faktycznie był ochrzczony w Kościele prawosławnym, ale nigdzie nie praktykował i teraz po iluś latach chce być rzymskim katolikiem. Uczęszcza do kościoła, przyjmuje sakramenty, uważa się za katolika, ale ściśle biorąc od strony prawnej trudno stwierdzić, czy on jest katolikiem, czy prawosławnym.

Nieraz pytamy: „Dlaczego przyszedłeś do nas?”. A on był już u prawosławnych, u protestantów, ma porównanie z tą trzecią, katolicką formą chrześcijaństwa. Mówi: „Czuję w moim sercu, że tu jest moje miejsce. Dlatego chcę być katolikiem. Proszę mi w tym pomóc”. Gdy usłyszą o tym prawosławni, uznają to prozelityzm. A ten człowiek pyta: „To czemu Kościół prawosławny mnie nie szukał?”.

Według naszego prawa kościelnego ktoś taki jest niekatolikiem. Z Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich (kanon 35) wynika, że jeżeli prawosławny przechodzi na katolicyzm, ipso facto staje się grekokatolikiem, czyli katolikiem obrządku wschodniego. Dopiero potem czeka go następna procedura administracyjna, żeby mógł zostać rzymskim katolikiem. Trzeba pisać do biskupów, a nawet do Rzymu…

KAI: A nie można poprosić w Rzymie o zmianę w prawie kościelnym?

– Nasz konferencja episkopatu napisała już w tej sprawie dwa listy do Kongregacji dla Kościołów Wschodnich, do papieża, były prowadzone rozmowy. Z tym, że my nie chcemy zmiany prawa, tylko dyspensy. Ten przepis powstał chyba w XIX wieku, gdy wielu wykształconych ludzi z Kościołów wschodnich przechodziło do Kościoła rzymskokatolickiego. Aby to zablokować, wprowadzono tę procedurę do prawa i tak już zostało. A ludzie tego nie rozumieją i mówią: „Proszę nam nie stawiać barier administracyjnych”.

KAI: Jak wyglądają kontakty z duchownymi prawosławnymi?

– Na wschodniej Ukrainie są to kontakty osobiste. Miałem bardzo dobre stosunki z nieżyjącym już metropolitą charkowskim Nikodemem z Patriarchatu Moskiewskiego. Spotykaliśmy się często i rozmawialiśmy na różne tematy. Ale już z jego biskupem pomocniczym nie ma spotkań. Nieraz, gdy władze zaproszą na uroczystości państwowe muzułmanów, żydów, prawosławnych i katolików, zamienimy parę zdawkowych słów.

Gdy chodzi o kontakty z niekanonicznymi Kościołami prawosławnymi, czyli Patriarchatu Kijowskiego i Autokefalicznym, to mają je nasze parafie na zachodniej Ukrainie. Ale oficjalny dialog istnieje tylko między Kościołem katolickim i Patriarchatem Moskiewskim. Musimy się do tego stosować.

Gdy pracowałem jeszcze we Lwowie, kardynał Marian Jaworski mówił, że prowadzimy z niekanonicznym prawosławiem „dialog miłości”, a więc nie ściśle ekumeniczny, kościelny. Ale są rodziny mieszane, np. katoliczki z niekanonicznym prawosławnym, więc nie możemy zaprzestać kontaktów.

Na wschodniej Ukrainie jest bardzo mało ślubów między samymi katolikami. Najczęściej zawiera się małżeństwa katolicko-prawosławne. Podczas katechez przygotowawczych tłumaczymy, że to będzie małżeństwo mieszane. Uczymy, że trzeba się wzajemnie szanować. To jest prawdziwy ekumenizm. On naprawdę istnieje.

KAI: Coraz częściej Msze św. na Ukrainie sprawowane są nie tylko po polsku czy ukraińsku…

– W Charkowie mamy Msze także po wietnamsku, rosyjsku, angielsku, francusku. Wietnamczycy, Afrykańczycy i Hindusi chcą modlić się w swoim języku.

Po wietnamsku nauczył się czytać notariusz kurii i całkiem dobrze odprawia w tym języku. Kazanie wygłasza po rosyjsku, ale tłumaczy je jedna z trzech sióstr Wietnamek, które przygotowują całą liturgię. Wprawdzie młodzi Wietnamczycy mówią już trochę po rosyjsku lub ukraińsku, bo chodzą do tutejszych szkół, ale z rodzicami modlą się po wietnamsku. Staramy się jednak, żeby był wśród nich ksiądz Wietnamczyk. Mamy już księdza z Afryki i z Indii.

W jednej z parafii proboszcz jest Słowakiem, wikariusze zaś pochodzą z Ukrainy, Nigerii i Indii. Prowadzą tam duszpasterstwo dla ludzi wszystkich nacji i kolorów skóry. Kościół na wschodniej Ukrainie jest prawdziwie katolicki!

Rozmawiał Paweł Bieliński (KAI)
Autor: pb / Warszawa
Źródło: KAI