Wielu z nas jest didymos.

Rozdwojony

W sumie to nie wiemy, czy Tomasz włożył palce i rękę do Jego ran. Może tylko sam widok wystarczył mu do wyznania wiary?

Dla mnie Tomasz jest symbolem naszych wewnętrznych dialogów – gróźb. „Ja im wszystkim pokażę, jak spotkam tego typa, obiję mu twarz”, a teraz, w dobie świata wirtualnego, to zjawisko jeszcze bardziej się nasila. Kiedy jednak przychodzi do konfrontacji z realną sytuacją, człowiekiem, wielokrotnie wszystkie przygotowane scenariusze padają. I choć Tomasz daje świadectwo o Jezusie, to Jezus jakby tego nie słyszał i wali Tomaszowi między oczy: uwierzyłeś, bo ujrzałeś. Jezus się z Tomaszem nie pieści, bo zna rozdwojone Tomaszowe serce. Jezus nie pieści się z jego wątpliwościami i tym, że przecież tak trudno uwierzyć w coś takiego jak Zmartwychwstanie. Zdecydowanie odrzuca wewnętrzny dialog Tomasza i go demaskuje.


Didymos – bliźniak, ale niektórzy tłumaczą jako ‘rozdwojony’. Wielu z nas jest didymos. Mamy w sobie jakby dwóch ludzi i bardzo często chcemy to pokazać jako cnotę. A to rozdwojenie jest dramatem; później Paweł będzie pisał o mechanizmie, że robię to, czego nie chcę. Żyjemy w takich czasach, w których gloryfikuje się niemoc, słabość, gdzie nakłada się kolejne warstwy pudru na coraz bardziej brzydkich twarzach, by przykryć. Tomasz swoim pięknym wyznaniem chciał zrobić to samo. Jezus się z tym nie godzi.


Rozdwojenie nie jest po to, by je pielęgnować. Ono jest zadaniem, wyzwaniem do tego, by być osobą, która jest jasna, zintegrowana i coraz bardziej przejrzysta. I tak jak Jezus robi to bezpośrednio z Tomaszem, tak każdy z nas musi to zrobić ze sobą. Jest dużą pokusą, żeby próbować integrować we wnętrze innych. Naprawiać rozbicie i rozdwojenie całego świata, szczególnie tego, który jest w bezpiecznej odległości ode mnie. Rozdwojenie, rozbicie tego świata zaczyna się w moim sercu.


 

I te Rany. Chyba łatwiej było wziąć na ręce martwe Ciało Jezusa, pobrudzić się Jego Krwią pod krzyżem, niż włożyć palec do Ran Zmartwychwstałego. Przecież to nie były zwykłe rany, bo nie mogły boleć, a jednak były ranami. Tak może być z każdym naszym wewnętrznym dialogiem skierowanym do drugiej osoby. Gdyby tak odważyć się i stanąć przed Drugim i spytać go o rany. Kiedy zobaczyłbym ranę Drugiego, nie byłbym w stanie już zaatakować.


 

źródło komentarza liturgicznego na dzisiaj: blog ojca Grzegorza Kramera